Wszystkie początki bywają trudne – czy to zaczynając szkołę, czy stawiając pierwsze kroki w zawodzie. Znając twórczość jakiegoś autora, interesująco jest cofnąć się do jego początków. Książki Jacka Piekary znam, czytałam niemal cały Cykl Inkwizytorski, więc z ciekawością sięgnęłam po Witajcie w Zaklętej Krainie, czyli zbiór opowiadań z początków kariery pisarskiej autora.
Co byście zrobili, gdyby wszystko, w co wierzyliście, okazało się jednym wielkim kłamstwem? Gdyby najbliższa i uważana za jedyną żyjącą osoba z rodziny stała się waszym wrogiem numer jeden? Przed takimi pytaniami staje dwudziestoletnia Valea, której życie niespodziewanie wywraca się do góry nogami, nie tylko dzięki spotkaniu pewnego przystojniaka.
Książki bywają różne. Czasem śmieszne, czasem poważne, a jeszcze niekiedy straszne. I nie mówię tu o straszeniu czytelnika w taki zwykły, prosty sposób wyskakującym zza rogu potworem. Mówię o działaniu na podświadomość czytającego, o podsuwaniu mu niepokojących obrazów, których niełatwo się potem pozbyć z wyobraźni. O tworzeniu tak dusznej atmosfery, że musisz przerwać lekturę na chwilę, żeby ochłonąć. I właśnie taką książką jest Zaułek koszmarów Williama Lindsaya Greshama.
Lubię czytać polskich autorów – nie raz i nie dwa dzięki temu natknęłam się na bardzo dobre książki, które potrafiły mnie wciągnąć, a ich twórcy stawali się moimi ulubionymi. Czasem jednak zdarza się, że książka przyciąga mnie swoim opisem, ma polskiego autora, a i tak mi nie podchodzi... No cóż, taką skomplikowaną relacją mam z dziełami Artura Urbanowicza – Paradoks jest moim drugim spotkaniem z tym pisarzem (pierwszym było Gałęziste) i dalej nie jestem w stu procentach przekonana co do jego książek.
Z niektórymi twórcami jest tak, że nieważne, jak bardzo byśmy danej gałęzi popkultury nie lubili, ich nazwiska, a w dużej mierze i tytuły ich dzieł, i tak kojarzymy. Kiedy słyszymy Gladiator – od razu mamy w głowie Ridleya Scotta. Gdy padnie hasło Star Wars – wiadomo, George Lucas. I tak też jest z Philipem K. Dickiem. Niemal każdy, kto kiedykolwiek choćby odrobinę zainteresował się science-fiction, musi kojarzyć tytuł Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? (o którym pisałam tutaj). Tym razem postanowiłam skusić się na lekturę nieco mniej znanego tytułu spod pióra tego autora, czyli Druciarza Galaktyki.