Bieszczady, klątwa i pewien morderca – recenzja "Jednej krwi" Stefana Dardy


Co by było, gdyby kazirodztwo prowokowało klątwę? Co by było, gdyby nawet dalsza rodzina mogła się nią zakazić? I gdyby zarażony po kilku dniach wstawał z grobu, by ugasić swoje pragnienie? Tego nie wie nikt i, na szczęście, raczej się nie uzyskamy odpowiedzi na te pytania, ale kto wie, co czai się w Bieszczadach...

Wieńczysław Pskit nie ma łatwego życia. Z takim imieniem i nazwiskiem już jako dziecko miał przechlapane. Na szczęście, miał cioteczną siostrę, Monikę, zwaną Niką, która chroniła go przed innymi, znęcającymi się nad nim dzieciakami. Niestety, nic co dobre, nie trwa wiecznie – pewnej nocy Nika ginie, a dla małego Wieńczyka jej pogrzeb to jedno z najbardziej traumatycznych zdarzeń w życiu, które odmienia go nie do poznania. Niestety, to tajemnicze wydarzenie z dzieciństwa bohatera wraca do niego jak bumerang, gdy dorasta i wraca w rodzinne strony.
"Lepiej na swoich kamieniach niż na cudzych czarnoziemach."

Niestety, muszę się na samym początku przyznać do czegoś – między mną a tą książką nie zaskoczyło. Nie wiem, co było tego powodem, ale Stefan Darda w ogóle mnie do siebie nie przekonał. Spodziewałam się powieści grozy (jak głosi napis na okładce), czegoś, co wywoła u mnie ciarki na plecach i sprawi, że w środku nocy, idąc po ciemku do lodówki, będę oglądać się przez ramię. I w sumie tak było przez pierwszych pięćdziesiąt stron. A potem cała atmosfera siadła i z powieści grozy zrobiło się coś bliższego thrillerowi i kryminałowi, i całą grozę diabli wzięli.
"Być może dopiero stojąc u progu śmierci, potrafimy docenić swoje nawet najbardziej mdłe i nieciekawe życie."

Wciągnięcia się w powieść nie ułatwiał też główny bohater. Już pomijam dziwne imię i nazwisko, ale ten facet był tak antypatyczny, że nie budził we mnie żadnych ciepłych uczuć. Nawet utrata ciotecznej siostry i to, jaką traumę wywołało w nim to wydarzenie, nie sprawiły, żebym zaczęła mu współczuć. Jest skoncentrowany na sobie, na swoich uczuciach, nie zwraca uwagi na emocje innych i się kompletnie nimi nie przejmuje. Nawet własnych rodziców ma w głębokim poważaniu. Szczerze mówiąc, cała ta sytuacja wygląda na nieźle porąbaną, a Wieńczyk, jak na niego wołała cała rodzina, wyrasta na socjopatę pierwszej wody. Jak tak szczerze o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że w jego relacji z Niką też było coś nie tak – wybaczcie, ale włażenie do trumny zmarłej ciotecznej siostry nie wydaje mi się całkowicie normalne. Bohaterów, oprócz Wieńczyka, jest jeszcze kilku, ale autor skupia się na nich dość powierzchownie, nie rozwodząc się zbytnio nad ich losami, chociaż, trzeba mu oddać, że ich sylwetki psychologiczne są nakreślone całkiem wyraźnie.
"Obłęd. Słowo wytrych, którego ludzie używają dla podkreślenia czegoś nadzwyczajnego."

Narracja w powieści się zmienia. Czasami jest pierwszoosobowa (to w tych rozdziałach, gdzie głównym bohaterem jest Pskit), a czasami trzecioosobowa, gdy to inni bohaterowie przejmują pałeczkę fabuły. Bardzo ciekawym i interesującym wątkiem była tytułowa jedna krew, czyli klątwa dotykająca wszystkich, którzy mieli dzieci w ramach jednej rodziny (między kuzynostwem, rodzeństwem, etc.). Dziecko pochodzące z takiego związku, po śmierci budzi się i poszukuje świeżej krwi, która da mu ukojenie. Takim ukąszeniem zaraża innych i tak oto bakcyl przenosi się coraz dalej. To był naprawdę świetny wątek i bardzo żałuję, że nie został bardziej rozbudowany. Owszem, był osią napędową fabuły, ale gdzieś tam w trakcie powieści zszedł na dalszy plan, a na pierwszy wybiły się morderstwa i kryminalistyczne perypetie Wieńczyka. Podobały mi się też opisy Bieszczadów i to, jak autor przedstawiał historię tamtego rejonu z okresu po drugiej wojnie światowej i z czasów PRL-u (przesiedlenia ludności, PGR-y itd.) - czytałam o tym z ogromną ciekawością i bardzo chętnie pojechałabym sama w Bieszczady, połazić po tych malowniczych górach.
"Jeśli kogo kochasz, to po jego śmierci zmienia się tylko to, że bardziej tęsknisz."

Pierwsze spotkanie z twórczością Stefana Dardy nie było zbyt udane, ale mam jedną zasadę – zawsze daję autorom drugą i trzecią szansę. Dlatego nie wykluczam, że w niedługim czasie sięgnę po jego inną książkę i zobaczę, czy wtedy chemia zadziała. Natomiast jeśli chodzi o Jedną krew, to ani nie odradzam, ani nie polecam – radzę raczej, żebyście sami przeczytali i przekonali się, co ta powieść sobą przedstawia.


Książka przeczytana w ramach Olimpiady Czytelniczej u Pośredniczki Książek.




Tytuł: Jedna krew

Autor: Stefan Darda

Wydawnictwo: Videograf

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2020





Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję:


Komentarze

  1. A ja właśnie tę książkę planuję na pierwsze spotkanie z autorem. Patrząc na sam zarys fabuły, ta wydaje mi się najciekawsza spośród wszystkich dotychczasowych jego publikacji. Szkoda, że się rozczarowałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też było moje pierwsze spotkanie z autorem, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. :) Zamierzam jednak sięgnąć po innego tytuły jego autorstwa. :)

      Usuń
  2. Jeśli zamierzasz przeczytać jakaś kolejna, spróbuj "Zabij mnie, tato". W tej chyba jest więcej grozy. Ewentualnie seria Czarny Wygon, ale przeczytałam dopiero pierwszy tom i może konkretnej grozy tam wiele nie ma, ale czytało mi się fajnie i zamierzam sięgnąć po resztę tomów.

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie obawę przy chodzeniu do lodówki w nocy wywołał "Dom na Wyrębach" tego autora, wiec polecam na kolejną próbę. Sama po tę książkę nie sięgnę - nie lubię horrorów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Skąd masz taki sztylet ze krwią? Nie pogardziłby rycerz! :) ja mam ale plastikowy, tępy i bez krwi. Ciekawa książka, raczej w guście mojego brata.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza