Ameryki Środkowa i Południowa to wciąż krainy, które swoją tajemniczością przyciągają do siebie badaczy, naukowców i literatów. To obszary, których wszystkich tajemnic nadal nie poznaliśmy, a przez to kuszą one nas w dwójnasób. Dlatego są tak znakomitym miejscem do osadzenia w nich fikcji literackiej, szczególnie tej fantastycznej...
Jest taka teoria, że klasyka literatury to książki, które każdy powinien znać, ale nikt nie chce czytać. Chyba trochę w tym prawdy jest, bo rzadko kiedy czytelnicy sięgają po tego typu tytuły – wyjątkiem są ci, którzy są do tego zmuszeni np. przez studia czy w szkole, gdy są one lekturami. A jak to z przymusem czytania lektur jest, wszyscy dobrze wiemy. Ja sama rzadko sięgam po te klasyki, ale czasami skuszę się na pojedyncze tytuły i tak mój wybór padł na Rewizora Mikołaja Gogola.
Uważam, że w życiu człowieka są takie książki, po które należy sięgnąć. A przynajmniej wypada, jakkolwiek by ktoś twierdził inaczej. I za takie właśnie uważam tytuły, które wychodzą spod pióra naszej Noblistki, Olgi Tokarczuk. Kiedyś, bardzo dawno temu, czytałam jej Prawiek i inne czasy, z którego (przyznaję się bez bicia) już nic nie pamiętam, dlatego teraz zdecydowałam się na sięgnięcie po inną pozycję – Prowadź swój pług przez kości umarłych.
Zarówno w naszej, jak i zagranicznej fantastyce epoki europejskiego średniowiecza i renesansu zostały już wyeksploatowane chyba do granic możliwości. Z naciskiem na pochodzenie europejskie materiału źródłowego. Dlatego wielkie zaciekawienie wzbudziła we mnie dylogia Wojciecha Zembatego, która została osadzona w świecie Ameryki Południowej i oparta o kulturę quasi Inków i Majów.
Koty to bodajże jedne z wdzięczniejszych postaci w utworach literackich. Nic więc dziwnego, że często są bohaterami powieści i mają istotny wpływ na wydarzenia w fabule. Nawet w życiu codziennym posiadacze kotów odnoszą wrażenie, że to oni mieszkają u swojego pupila, nie on u nich. Nie dziwi zatem fakt, że Robert A. Heinlein, obserwując swojego ciepłolubnego, futrzastego towarzysza wpadł na pomysł napisania Drzwi do lata.
Na świecie są takie książki, które zapadają nam na długi czas w pamięć. Takie, które zostają z nami niemal na zawsze i po które chętnie byśmy sięgnęli po raz kolejny, chociaż ledwo skończyliśmy je czytać. Właśnie tak czułam się, gdy czytałam Diunę Franka Herberta, powieść, która porusza mnóstwo tematów i nic a nic się nie zestarzała od czasu, gdy została napisana w 1965 roku.
Literaturę obyczajową omijam szerokim łukiem. Tak szerokim, że mniej więcej ja jestem na biegunie, a ona na równiku. Nie lubimy się – zazwyczaj tego typu książki nudzą mnie i sprawiają, że prawie nad nimi przysypiam. Zachęcona jednak wieloma bardzo pozytywnymi opiniami zdecydowałam się na przeczytanie Siedmiu mężów Evelyn Hugo i... Moje zaskoczenie było ogromne.
Czasami lubię zastanowić się, co by było, gdyby... Na przykład, gdyby w XIX wieku, wieku pary, gdy nastąpiła rewolucja przemysłowa, świat rozwinąłby się jeszcze bardziej i para, jako paliwo, napędzałaby nasze urządzenia w domu i na zewnątrz do tej pory? Oczywiście, to czcze rozważania, ale moją ciekawość w takich momentach zaspokajają książki steampunkowe, jak pierwszy tom cyklu Miasta Pary i Kamienia Andriusa Tapinasa, czyli Wilcza godzina.
Moją relację ze zbiorami opowiadań można określić jako dość skomplikowaną. Z jednej strony bardzo lubię krótkie formy, a z drugiej zawsze mam po nich niedosyt. Na szczęście jestem w o tyle dobrej sytuacji, jeśli chodzi o przygody detektywa z Baker Street, że jeszcze kilka takich zbiorów przede mną, więc mam co czytać i czym się cieszyć.
Po raz pierwszy postanowiłam w zeszłym roku przeczytać wszystkie powieści nominowane do nagrody Zajdla. Prawie się udało, bo zabrakło mi czasu tylko na Dzieci burzy. Openminder to ostatnia z przeczytanych przeze mnie Zajdlowych pozycji, więc, nie przedłużając, chciałam Wam o niej skrobnąć słów kilka.
Małe miasteczko, gdzie, przynajmniej z pozoru, każdy każdego zna i wie o nim wszystko. Jednak pod z pozoru niemal idylliczną otoczką kryje się sporo tajemnic i sekretów, o których nie każdy chce mówić. Niepokój zakrada się do Piaseczna nad brzegiem jeziora Drawsko i kto wie, jakie kłopoty zwiastuje?
Wiecie, co to jest metajęzyk? Jeśli nie, to już spieszę z wyjaśnieniem – tak najogólniej mówiąc, metajęzyk to język służący do opisu innego języka. Upraszczając, można powiedzieć, że taka ortografia albo gramatyka są metajęzykami każdego języka. A spodziewaliście się, że może powstać metaksiążka, czyli książka o książce? Nie? No to przedstawiam Wam Słowodzicielkę od Anny Szumacher.
Hidra, Jord i Agni budzą się przy ognisku i są, delikatnie mówiąc, nieco zagubieni. Okazuje się bowiem, że są drużyną (to wiedzą), mają jakieś zadanie (tylko jakie?), ale brakuje im ważnej osoby – dowódcy, który zapodział się gdzieś w fabule. Cała trójka bohaterów postanawia zatem, że ich pierwszym celem będzie odnalezienie dowódcy, a potem zaczną zastanawiać się, co dalej. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, szczególnie, że fabuła wcale nie ma zamiaru być taka prosta.
Stanie na życiowych rozstajach przyjmuje czasami całkiem namacalną formę.
Tekst na okładce głosi, że historia jest podobna do Świata Dysku Terry'ego Pratchetta. Moim zdaniem – stwierdzenie sporo na wyrost, ale muszę przyznać, że Słowodzicielka to naprawdę niezła książka, przy której można spędzić miło czas i pośmiać się z perypetii bohaterów. Od samego początku zostajemy wrzuceni w środek wydarzeń, wraz z bohaterami poznajemy świat przedstawiony i prawa, jakimi się on rządzi. Nie mamy chwili na oddech, tylko pędzimy wraz z naszą trzyosobową drużyną w poszukiwaniu ich dowódcy – w końcu każda szanująca się grupa bohaterów musi mieć swojego przywódcę. Nie dość, że odkrywamy nowy świat, to nagle wpadamy do naszej rzeczywistości i spotykamy się twarzą w twarz z samą autorką powieści... A to zwiastuje kolejne problemy (w sumie to głównie dla samej autorki). Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że postaci świetnie zdają sobie sprawę, że są bohaterami książki, świetnie też rozumieją, co to jest fabuła i jakie zadanie mają w całej historii.
Krawędzie są magiczne. Kraina zakazanych czarów znajduje się na granicy rzeczy - zawsze tam, gdzie następuje ceremonia przejścia; nawet jeśli to ignorujemy lub nie jesteśmy tego świadomi.
Książka jest napisana lekkim i przyjemnym stylem. Autorka ma spore poczucie humoru, którym obdarowuje hojnie swoje postaci. Dowcip Anny Szumacher jest inteligentny i lekko absurdalny, dokładnie taki, jak lubię – trochę rzeczywiście zakrawa o poczucie humoru ze Świata Dysku, ale uważam, że autorka jeszcze powinna nad tym popracować. Akcja cały czas pędzi do przodu, nie pozwalając czytelnikowi nawet na chwilę odpoczynku, raz po raz mamy zwroty akcji i niespodziewane wydarzenia, dzięki czemu strony książki właściwie same się przewracają. Owszem, sporo tutaj przewidywalności, w końcu autorka ogrywa tutaj stare i świetnie znane motywy z fantastyki. Ostatecznie jest to jednak książka spod znaku magii i miecza, ale Szumacher bawi się tą konwencją i widać, że sprawia jej to sporo frajdy. Przypomina mi to poniekąd serię o Sadze, której pierwszy tom recenzowałam już jakiś czas temu – tam również autor bawił się fantastycznymi standardami książek, ale w nieco inny sposób.
Gdyby wiedziała, że twórczość literacka jest tak diabelnie niebezpiecznym i ryzykownym zajęciem, nigdy nie napisałaby ani słowa.
Jeśli macie ochotę na lekturę czegoś łatwego, lekkiego i przyjemnego, to śmiało sięgnijcie po Słowodzicielkę. To książka w sam raz na jeden weekend, pozwalająca się odprężyć i dostarczająca sporej dawki rozrywki. Uważam, że to naprawdę bardzo dobre otwarcie nowej serii i świetny pierwszy tom, i dlatego z całą pewnością sięgnę po kolejne, gdy tylko się ukażą na rynku. Zwłaszcza dlatego, że zakończenie jest tak mocnym cliffhangerem, że głowa mi pęka na samym myśl o nim i już tupię nogami na kontynuację.
Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie ma już tylko rosnąć – to zdanie zawsze kojarzy mi się z horrorami i thrillerami. Nic dziwnego, bo jest skróconą wersją tego, co powiedział Hitchock o filmach z tych gatunków. I nie bez powodu wspominam o tym genialnym reżyserze przy okazji recenzji Psychozy Roberta Blocha – to właśnie Hitchcock nakręcił znaną wszystkim ekranizację tej książki. A jak się przedstawia pierwowzór filmu?
Jak wiadomo nie od dzisiaj, do debiutów mam stosunek bardzo ambiwalentny. Wiem, że każdy kiedyś zaczynał, ale sięgam po nie dość rzadko, bo zbyt często się na nich sparzyłam i przekonałam, że jednak debiutanci to nie moja bajka. Jednak nie byłabym też sobą, gdybym nie zaryzykowała po raz kolejny (w końcu: no risk, no fun) i zdecydowała się sięgnąć po debiut Pawła Kopijera, czyli Mrok we krwi.
Pierwsza połowa XIX wieku. Polska wciąż pod rozbiorami. I wciąż podzielona też wewnętrznie: na chłopstwo, chamów, i szlachetnych panów, mających rzeczywistą władzę. Skomplikowana sytuacja polityczna i stosunki społeczne sprawiają, że wystarczy jedna iskra, by wybuchło powstanie. Właśnie o takim gorącym czasie w historii Polski pisze Radek Rak w swojej powieści nagrodzonej Nagrodą Nike, Baśni o wężowym sercu albo wtórym słowie o Jakóbie Szeli.
Na świecie są książki, które powinno się przeczytać przynajmniej raz w życiu. Książki, które zostawiają po sobie niezatarte i nie do zapomnienia wrażenie, które na zawsze zapadają w pamięć i sprawiają, że nawet po odłożeniu ich na półkę, czytelnik ciągle wraca do nich myślą. I właśnie taką książką stał się dla mnie Hyperion Dana Simmonsa.
Kiedy ktoś powie Londyn, większość będzie miała kilka standardowych skojarzeń: mgła, deszcz, królowa... No i on – jeden z najbardziej znanych detektywów wszech czasów, Sherlock Holmes, ze swoją nieodłączną fajką, kaszkietem i płaszczem, zawsze na tropie jakieś zbrodni i usiłujący rozwikłać kolejne zagadki kryminalne.
Czasami wydaje nam się, że trafiliśmy w sytuację bez wyjścia. Nieważne, jaki sposób rozwiązania problemu wybierzemy, to i tak nie ma się prawa udać. A potem okazuje się, że jednak istnieje możliwość ucieczki z matni, że wbrew zdrowemu rozsądkowi to wszystko może się zakończyć dobrze. Mniej więcej to samo przydarzyło się bohaterom powieści historycznej Sokoła spartańskiego Conna Igguldena.