Tkająca wiatr - Julie Johnson

Po tym, jak przeczytałam Okno skąpane w mroku Rachel Gillig doszłam do wniosku, że nie taki diabeł romantasy straszny, jak go malują. I tym sposobem zaryzykowałam drugi raz z tak teraz modnym gatunkiem, sięgając po Tkającą wiatr Julie Johnson. Cóż... Rozczarowania potrafią boleć, wiecie?

Tkająca wiatr - Julie Johnson

Pomysł na książkę jest niezły. Anwyvn, niegdyś maegiczna kraina, po wielkiej Rebelii została pozbawiona mocy i teraz następuje jej degrengolada. Fae i półelfy oraz wszystkie objawy maegii są bezlitośnie tępione. Na dodatek całe Anwyvn cierpi na powolny rozkład – rośliny i zwierzęta umierają, dzieci się nie rodzą, a ludzie walczą między sobą, opanowani żądzą krwi. Przywrócić równowagę może tylko połączenie Reliktów – czterech osób, władających maegią żywiołów. Brzmi intrygująco, szkoda tylko, że wykonanie tak dobrego planu zostało przeprowadzone tak tragicznie.

Strach oznacza tylko to, że masz coś do stracenia.

Pierwszą rzeczą, która nie przypadła mi do gustu, była narracja pierwszoosobowa. Nic nie poradzę, że ten typ snucia opowieści mi kompletnie nie leży, chociaż bywają książki, w których jest dla mnie akceptowalny. Jednak tym razem, przy połączeniu ze stylem autorki, który jest wręcz przeładowany metaforami, zęby mnie bolały od czytania wynurzeń głównej bohaterki, Rhyi Fleetwood. Porównania były nadęte, a sposób jej wypowiedzi górnolotny, i w ogóle to nie pasowało do prostej dziewczyny ze wsi, na jaką chciała pozować. Drugą sprawą, jeśli chodzi o styl, i tutaj przyczepię się do tłumacza, był brak konsekwencji w przekładzie. Z jednej strony mamy nazwy angielskojęzyczne, jak Seahaven, a z drugiej przełożone na polski – Gwiaździsty Las. Już pomijam fakt, że sama autorka nie mogła się zdecydować, czy stosować nazwy fantastyczne, czy angielskie, ale to akurat był dla mnie najmniejszy problem. Sama mam wykształcenie typowo językowe i trochę zajmowałam się tłumaczeniami, więc wiem, że tego typu brak konsekwencji w translacji nie jest dobrze widziany. Z drugiej strony nie ma też absolutnie wymogu, by wszystko tłumaczyć, jest tutaj zostawiona dowolność, więc nie można uznać tego za jakiś niewybaczalny i kardynalny błąd, ale mnie to przeszkadzało w lekturze.

Światło słoneczne nie uzdrowi kwiatu bliskiego zwiędnięcia.

I trzeci problem tej powieści – fabuła i tempo. Jak na pierwszych stu stronach jest ciekawie i akcja wciąga czytelnika, tak im dalej w las, tym robi się nudniej. Napięcie siada, by znowu wybuchnąć na ostatnich niecałych stu stronach. Biorąc pod uwagę, że cała książka liczy sobie 544 strony, to jakieś 350 ze środka jest nudne jak flaki z olejem, a to może zniechęcić potencjalnego odbiorcę.

Lepiej być potworem niż pożartą przez niego zdobyczą.

Teraz przejdźmy do bohaterów. Nasza gwiazda wieczoru, Relikt Wiatru, tkająca wiatr, czyli Rhya Fleetwood. Dziewczyna z wiatrem hulającym w czaszce zamiast rozumu. Półelfka porzucona przez rodziców, wychowywana przez człowieka, który ją znalazł nad brzegiem morza. Jeśli wszystkie bohaterki romantasy są tak tępe, to ja się nie dziwię, że ten gatunek ma tak wielu przeciwników. Można jej dawać sygnały dotyczące tego, jak ma się zachowywać i co robić, można jej wprost tłumaczyć, ale nie! Rhya ma swoją wizję wszechświata i wszystko będzie tak wywracać na lewą stronę, by wyszło, że jest biedną, pokrzywdzoną wypadkową brazylijskiej telenoweli i Mary Sue. Ponieważ to romantasy i wiadomo, że do tanga trzeba dwojga, to mamy jeszcze samca alfa, czyli księcia Pendefyre'a. Gburowaty, sarkastyczny, małomówny typ, który lubi wszystko mieć pod kontrolą. Oczywiście, o twardym torsie i oszałamiająco przystojny. Że ten chłop nie zabił po pierwszych pięciu zdaniach Rhyi, to ja mu się dziwię. Właściwie prosto w twarz mówi jej, że kocha naszą tkaczkę wiatru, ale boi się tego uczucia ze względu na swoją moc i przeszłość, a co na to panna? Skoro tak, to ona się na niego obrazi, bo on nie chce zaryzykować dla niej podpalenia połowy świata! Taka będzie dojrzała emocjonalnie! Oburza się na niego, że ciągle przy niej nie siedzi, podczas gdy Penn ma też swoje obowiązki jako król Dyved. A jak już spędza z nią czas, to Rhya mu wyrzuca, że jej pilnuje i dba o jej bezpieczeństwo. Szczerze? Mam wrażenie, że jak logika zobaczyła tę dziewczynę, to uciekła na drugi koniec kosmosu i jeszcze się zakopała na dnie Rowu Mariańskiego...

Słowa są warte jedynie tyle, ile czyny, które za nimi stoją.

Wierzę, że ta książka może się podobać, ale ja z moimi prawie czterema dychami na karku chyba jestem do niej za stara i widzę tu zbyt dużo braku logiki i niekonsekwencji. Poleciłabym ją raczej młodszym czytelnikom, takim 16+ - nie ma tu spicy scen (pojawiają się dwie, ale bez konsumpcji), do tego w tym wieku tolerancja na błędy jest jeszcze duża i wielu takich czytelników nie zwróci uwagi na to, co znajdą starsi. I oczywiście, fanom romantasy, bo z całą pewnością tacy znajdą w tym tytule zalety, których ja mogłam nie dostrzec.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Tkająca wiatr Julie Johnson.


Dwa na pięć żołędzi
Tytuł: Tkająca wiatr

Tytuł oryginału: The Wind Weaver

Autor: Julie Johnson

Tłumaczenie: Anna Reszka

Cykl: Władza Reliktów, tom I

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 544

Data premiery: 14.10.2025

ISBN: 9788383356716
Tkająca wiatr - Julie Johnson

Recenzja powstała przy współpracy z wydawnictwem:

Zysk i S-ka

Komentarze