Żywok - Magdalena Sobota
Do horrorów nie ciągnie mnie za często, ale zdarzają się takie tytuły, które przyciągają mnie do siebie swoim opisem. Jednym z nich jest właśnie Żywok Magdaleny Soboty, którego mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa HM.
To nie był już strach, to był czysty żal. Żal do tych, których widywał w lasach, do tych, których słyszał czasem przed wzejściem słońca. Miał żal do tego, co bytowało w górach.
Magdalena Sobota mistrzowsko zbudowała atmosferę Żywoka. Klimat małej wsi, gdzie każdy zna każdego, wszyscy ukrywają jakieś tajemnice, a na dodatek tuż za ostatnimi domami, w otaczających lasach dzieje się coś niepokojącego. Zwidy Wojtka i znikające niepostrzeżenie trupy znajdowane przez mężczyznę w lesie sprawiają, że włos się jeży na głowie, a skóra cierpnie. W całej historii czuć las, czuć mrok i góry, których piękno jednocześnie potrafi napawać strachem, a ich mroczne stoki kryją w sobie wiele sekretów.
Tylko w dwóch miejscach nie widać przemian: w górach i na morskim brzegu. I góry, i morze, wielkie siły natury, odpychają od siebie zmiany, z podniesionym czołem czekają na kolejne takie same lata i zimy. Ludzie w ich obliczu są śmiesznie mali.
Faktem jest, że powieść długo się rozkręca i trochę musimy poczekać, aż wszystko wskoczy na swoje miejsce. Nie dostajemy żadnych tropów, podpowiedzi, dopiero druga połowa książki zaczyna wyjaśniać wszystkie wątki i pozwala zrozumieć, co działo się w pierwszej części. Natomiast to wolne tempo wynagradzają postaci. Wszystkie żywe, nakreślone bardzo mocno, z indywidualnymi charakterami. Nie sposób ich pomylić. Mogą się zachowywać irracjonalnie, ale ma to swoje wytłumaczenie w ich przeszłości i ich motywacjach. Dzięki temu, jako czytelnicy, mocno im kibicujemy i śledzimy uważnie ich perypetie na kartach powieści.
Natomiast końcówka książki jest aż gęsta od niepokoju i mroku. To nie jest moment na czytanie jej przed snem, bo każdy szelest, każde stuknięcie, wywołują w czytelniku nerwową reakcję i powodują, że rozgląda się wokół siebie. Im bliżej końca, tym bardziej atmosfera się zagęszcza, a to, co \się dzieje w powieści wywołuje ciarki na plecach. Góry i rosnące na ich stokach drzewa przestają być tylko niemym tłem tej opowieści, ale stają się jej czynnym bohaterem, ożywają i przerażają z każdą stroną coraz bardziej. Magdalena Sobota znakomicie buduje napięcie, nie opierając się tylko na krwawych trupach i na potworze, który czai się w górskich lasach. Autorka sięga do ludzkiej natury, do tego, co drzemie w duszach bohaterów, do ich strachu i znajomości historii o mieszkańcach Paportynek. I co więcej, autorka pokazuje, że przeszłość i decyzje wówczas podjęte, zawsze mają swoje konsekwencje w teraźniejszości, rzutując nie tylko na tych, którzy je podejmowali, ale też na ich potomków i otoczenie. Natomiast zakończenie powieści... Cóż, jest dość gorzkie i pozostawia łzy w oczach, ale świetnie spina się z resztą książki. Widać, że autorka bardzo dobrze to wszystko przemyślała i znakomicie wiedziała, co robi.
Nienawiść jest jak trucizna, kiedy już przez ciebie przesiąknie, nie można jej wywabić, wyciąć ani wypalić. Przenosi się szybciej niż koklusz i jest tak samo śmiertelna. Jak żywokost, który rośnie w szczelinie między kamieniami na górskim szczycie, pleni się i zabija inne rośliny, tak nienawiść zajmuje serce prędzej, niż myślisz, wypiera, zadusza miłość.
Tak, jak wspomniałam – horrory to nie jest mój ulubiony podgatunek literacki i nie sięgam po nie za często. Co więcej przy ich lekturze rzadko zdarza mi się bać, ale tym razem Magdalena Sobota sprawiła, że skóra wielokrotnie mi cierpła na karku i nerwowo rozglądałam się po mieszkaniu, gdy czytałam Żywoka. Pomysł na historię i jej wykonanie to naprawdę kawał rzetelnej pracy literackiej, której szczerze gratuluję autorce i zachęcam was do sięgnięcia po ten tytuł, jeśli macie ochotę na takie mroczne klimaty.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Żywokost Magdaleny Soboty.
.png)

.png)




Komentarze
Prześlij komentarz