Cztery trupy w barszcz - Marta Kisiel, Aneta Jadowska, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz
Kiedy cztery obecnie najbardziej rozpoznawalne nazwiska polskiej fantastyki jednoczą siły i przygotowują zbiór opowiadań z okazji świąt, to jest to dla mnie absolutny must have do przeczytania. Tym bardziej, że indywidualnie bardzo lubię twórczość każdej z autorek, więc musiałam się przekonać, jak sobie radzą też w krótkiej formie.
Zbiory opowiadań różnych twórców mają to do siebie, że nigdy nie są równe poziomem. Żaden z takich zbiorów, jakie czytałam do tej pory, nie było w całości ani dobre, ani złe, raczej to była sinusoida. I ta antologia czterech opowiadań miała dokładnie to samo. Jak historie Magdaleny Kubasiewicz, Anety Jadowskiej i Mileny Wójtowicz bardzo mi się podobały, tak, ku mojemu zdumieniu, najsłabsze okazało się opowiadanie Marty Kisiel.
Powrót do domu zawsze był jak otulenie się ciepłym, miękkim kocem.
Problemem historii od Kisiel był dla mnie, o zgrozo, jej humor. I ja serio nie wierzę, że to piszę, ale na tak krótkie opowiadanie było go po prostu za dużo. Zamiast skupić się na fabule, autorka nawrzucała tutaj krotochwil i powiedzonek tak, że ich nagromadzenie na linijkę tekstu było zbyt intensywne. Wolałabym dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterach lub o tym, jakim cudem chimera, syrena i nocnica znalazły sobie ludzkich partnerów. W miejsce tego dostałam żarty, żarciki i odniesienia do popkultury, które nie odpowiadały na żadne z moich pytań.
Jesteś tu, bo trzyma cię złość na własną śmierć, żal, niezałatwione sprawy, może czyjś smutek... To wszystko energia, która zostaje w świecie, razem z nami. Złe miejsca są jej pełne.
Opowiadanie Anety Jadowskiej jako jedyne było całkowicie niefantastyczne. Historia Grety, policjantki, której grozi przeniesienie za biurko z powodu wypadku jaki miała w trakcie służby, przypomina trochę te Hallmarkowe produkcje bożonarodzeniowe – ona trafia do swojej dawnej mieściny i spotyka niegdysiejszego kolegę. Finału wszyscy się domyślają, prawda? Na szczęście Jadowskiej udało się uniknąć przesłodzenia tej opowieści, a postaci zachowują trzeźwość myślenia. Szkoda mi było głównej bohaterki i współczułam jej problemów w pracy, które nie były wcale jej winą. Nie powiem, ta historia chyba najbardziej do mnie trafiła ze wszystkich czterech.
Taka była kolej rzeczy. Wiosna, lato, jesień, zima. Życie, śmierć i pożegnanie. Kto jak kto, ale wiedźmy wiedziały o tym najlepiej.
Milena Wójtowicz przedstawia nam Pati Młynarską, wiedźmę włosingową, która mierzy się z klątwą kołtunów w swojej wiosce i próbuje jednocześnie odkryć sekret tożsamości ducha, jaki zamieszkał w jej domu. Szczerze przyznaję, że dla mnie to był taki średniak – czytało się dobrze, ale nic z tej opowieści nie zapadło mi w pamięć. Chociaż pomysł na wiedźmę włosingową był bardzo udany i chętnie poczytałabym więcej o przygodach Pati i jej perypetiach fryzjersko-magicznych.
Świat się nie kończy. No dobra, może trochę się kończy, ale nie w chmurze ognia, gdy pierdolnie w nas meteor.
Za to Magdalena Kubasiewicz zabiera nas do znanej nam już magicznej Warszawy i do Jagody Wilczek oraz jej uczennicy, Sonii. Tutaj pośmiałam się serdecznie z domowika, któremu nie powinno pokazywać się świątecznych produkcji, bo poszedł w nastrój bożonarodzeniowy aż za bardzo i jeńców nie brał. Nie powiem, trafiła do mnie ta atmosfera świąteczna zrobiona z przesadą, brakowało tylko żywego świętego Mikołaja i reniferów w ogródku, ale może lepiej nie będę podpowiadać tego wyjścia. Poza tym super było znowu spotkać Jagodę i Sonię, które bardzo polubiłam, czytając serię o Wilczej Jagodzie.
Czy powinnam się tak cieszyć na myśl o trupie i tym, że przyjaciel ciotki jest głównym podejrzanym o morderstwo? Być może nie. [...] Możliwe, że Marcinkowski miał rację - nie dostałam normalności w zestawie podstawowym, a na dodatkowe wyposażenie po prostu mi nie starczyło.
Mimo tego, że dwa opowiadania były dla mnie in minus, a dwa in plus, to i tak bardzo dobrze się bawiłam w trakcie lektury tej antologii. W większości to ciepłe historie, w sam raz do czytania w mroźne, zimowe wieczory, szczególnie, jeśli chcemy podtrzymać w sobie ducha świąt. Żałuję ogromnie, że opowiadanie Marty Kisiel najmniej mi się podobało, bo uwielbiam twórczość tej autorki i byłam przekonana, biorąc do ręki Cztery trupy w barszcz, że i tym razem się nie zawiodę. Natomiast w ogóle nie zawiodła mnie Magdalena Kubasiewicz i jestem nieodmiennie pewna, że będę po jej książki sięgać przy każdej możliwej okazji.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Cztery trupy w barszcz.
.png)

.png)



Komentarze
Prześlij komentarz