Ostatnio w przerwach między kolejnymi lekturami z działu fantastyka
kontynuuję przygodę z Jackiem Dydyńskim i Dymitrem Samozwańcem w
ich wyprawie na Moskwę. Drugi tom uniknął, na szczęście,
sławetnej klątwy i swoim poziomem dorównał tomowi pierwszemu.
Na temat akcji Share Week rozpoczętej kilka lat temu przez Andrzeja Tucholskiego usłyszałam pierwszy raz chyba ze dwa lata temu, jakoś
na początku swojej przygody z blogowaniem. Wtedy jeszcze nie miałam
śmiałości, by wziąć udziału w tej akcji i opowiedzieć Wam,
czyje blogi robią na mnie największe wrażenie i jak bardzo cenię
ich autorów. Dopiero w tym roku postanowiłam wziąć udział w tej
genialnej akcji i podzielić się z Wami moimi trzema ulubionymi
miejscami w sieci, których twórców cenię sobie niezmiernie, a ich
wpisy zawsze chętnie czytam (chociaż nie zawsze komentuję).
Chociaż czasy nastały ciężkie, a wielu z Was przebywa teraz w
zamknięciu w domach (jestem tym nielicznym szczęśliwcem,
który normalnie chodzi do pracy), ograniczając wyjścia do
minimum, to pogoda za oknem nie kłamie – słońce, całkiem
wysokie temperatury i rozwijająca się przyroda oznajmiają, że to
już naprawdę wiosna. :) No i, jak widać, na blogu też wiosna –
po prawie trzech latach postanowiłam odświeżyć wygląd strony.
Ten przepiękny motyw jest dziełem cierpliwej i nader wyrozumiałej
Karografii, której dziękuję za świetną zabawę w jej wyzwaniu w
grupie na Facebooku. Szykują się jeszcze małe, kosmetyczne zmiany
w najbliższych dniach, ale tu czekam na niezawodną Martę, która
to stworzyła na samym początku moje logo. ;) Mam nadzieję, że te
zmiany Wam się spodobały? :)
Debiuty bywają naprawdę różne. Są
takie, o których chcemy jak najszybciej zapomnieć, bo były tak
złe. Są też takie, obok których przechodzimy obojętnie, zwykłe
średniaki, po których przeczytaniu zapominamy, że w ogóle
mieliśmy je w rękach. Jednak są również takie, które zostawiają
nas z niedosytem i poczuciem, że chcielibyśmy jeszcze więcej
książek spod pióra tego autora. Właśnie takim debiutem jest
Wojna makowa Rebecci
F. Kuang.
Ostatnio wybitnie wzięło mnie na lekturę powieści o XVII-wiecznej
Rzeczypospolitej. A że z polskich autorów, piszących o tych
czasach, znam (oczywiście, oprócz Sienkiewicza) tylko Jacka Komudę,
to nic dziwnego, że znowu sięgnęłam po jego książki. Tym razem
wybór padł na czterotomową serię Orły na Kremlu, a jej pierwszy
tom to Samozwaniec. Ciekawi, czy książka przypadła mi do
gustu? To zapraszam do lektury.
Niektóre serie mają to do siebie, że od pierwszego tomu jesteśmy w nich beznadziejnie zakochani. Ba, powiem nawet, że im dalej w las, tym nasza miłość do tych serii rośnie. A kiedy przychodzi moment rozstania się z ulubionymi bohaterami, z całą tą atmosferą, to czujemy się, jakby odebrano nam naszego najlepszego przyjaciela i nie potrafimy znaleźć sobie miejsca w życiu. Krótko mówiąc, właśnie tak czułam się po przeczytaniu Głoszącej kres, czyli trzeciego i zarazem ostatniego tomu Wojny Lotosowej od Jaya Kristoffa. Jednak po kolei...
Jacek Komuda to bezsprzecznie jeden
z moich ulubionych polskich autorów, a obok Sienkiewicza ulubiony
powieściopisarz, który fabułę swoich książek osadza w czasach
Rzeczypospolitej szlacheckiej. Dlatego tytuły z akcją w tym okresie
czytam chętnie i sięgam po nie bez zastanowienia, a ostatnio
postawiłam sobie za cel nadrobienie wszystkich tytułów od tego
pisarza. I tym oto sposobem trafił w moje ręce Banita
o Jacku Dydyńskim.
Kilka razy już tu wspominałam, że
jestem oddaną i wierną fanką Sienkiewicza, a jego Trylogię
czytałam już tyle razy, że znam ją na pamięć. Dlatego, gdy w
moje ręce wpadła niepozorna książeczka Na tropach
bohaterów Trylogii Marcelego
Kosmana, musiałam ją przeczytać. Bo przecież nie sposób przejść
obojętnie obok pozycji, w której są przywoływane historyczne
pierwowzory Bohuna, Skrzetuskiego czy Zagłoby!
Blogerka, sprzedawca stali, kocia matka, filolog i historyk z zamiłowania. I wielka miłośniczka książek od ponad 20 lat. Zapraszam Was do mojego małego kąta, gdzie poczytacie bardzo subiektywne opinie o książkach.