Licho nie śpi... Tylko grasuje w bamboszach! - recenzja "Dożywocia" Marty Kisiel

Szczerze powiem, że uwielbiam polskich autorów fantastyki i czytam ich bardzo chętnie. Dożywocie poleciła mi znajoma jeszcze w trakcie studiów i od tamtej pory przepadłam kompletnie i kocham Ałtorkę (pisownia zamierzona, sama Marta Kisiel tak o sobie pisze) całkowicie platonicznie miłością bezdenną. Przy tej lekturze ubawiłam się setnie, nie raz i nie dwa wybuchając śmiechem na cały dom, aż moje koty spoglądały na mnie, jakbym zwariowała. Ale, uwierzcie mi, nie da się zachować powagi, gdy czyta się o niespełnionym pisarzu i jego dożywotnikach?
Głównym bohaterem tej historii jest niejaki Konrad Romańczuk – pisarz, będący w trakcie pisania swojego Dzieła Życia. Dziedziczy on po jakimś kompletnie sobie nieznanym krewnym dom zwany Lichotką pod jednym warunkiem – nie może z niego usunąć żadnego dożywotnika. Nie zwracając na to większej uwagi, Konrad wyprowadza się z wielkiego miasta i od swojej byłej narzeczonej Majki, zawsze rozsądnej i trzeźwo myślącej kobiety, i ląduje w domu z gotycką wieżyczką, stawem i kilkoma lokatorami, o których w życiu by nie pomyślał, że mogą w ogóle istnieć. I wtedy dopiero jego życie zaczyna stawać dęba niczym narowisty koń. A to wszystko dlatego, że mieszkańcami Lichotki okazują się: Licho, czyli uroczy anioł stróż o wyglądzie dziecka, wiecznie zasmarkane, bo mające alergię na pierze, mówiące o sobie w formie bezosobowej i noszące ciepłe bamboszki; Krakers – potwór z głębin prawdziwego zła, który zamiast niszczyć światy, woli mieszkać w piwnicy i zajmować się kucharzeniem; panicz Szczęsny – niewydarzony, romantyczny poeta, który popełnił przy Lichotce samobójstwo i od tej pory jest uwięziony w jej obrębie, na zmianę zajmujący się albo pisaniem ballad i eposów, albo robieniem na drutach; cztery utopce, wiecznie znajdujące się w nieodpowiedniej łazience, ewentualnie czasem w stawie; i kotka Zmora o bardzo ostrych pazurkach, a potem również różowy królik o jakże wdzięcznym imieniu Rudolf Valentino. Nie da się ich po prostu nie lubić, a wręcz przeciwnie – emanuje od nich takie ciepło, że o każdym od razu myśli się pozytywnie, nieważne, jak bardzo wkurzający by nie był. Każdy z tych bohaterów ma swój charakter, niepozbawiony wad, włącznie z Romańczukiem, który początkowo chyba głównie z wad się składa (co się w toku powieści zmienia). Do każdej z tej postaci czytelnik się przywiązuje, zaczyna odkrywać w niej coraz to nowe pokłady zalet, a wszystko to w otoczeniu ogromnego ciepła tchnącego z tej książki i błyskotliwego humoru, przez który powieść czyta się naprawdę lekko i przyjemnie.
Jeśli spodziewacie się tu jakichś szalonych zwrotów akcji i pogmatwanej fabuły, to muszę was rozczarować. To raczej zbiór opowiadań, ułożonych w kolejności chronologicznej i opowiadających o wydarzeniach w Lichotce. Cała historia jednak, jak już wspominałam, tchnie niesamowitym wprost humorem słownym i sytuacyjnym, a przy tym jest tak ciepła w odbiorze, że w sam raz nadaje się na lekturę w te zimne, grudniowe wieczory. To opowieść o bezwarunkowej przyjaźni, o dojrzewaniu do odpowiedzialności za innych, i o tym, ile się trzeba nauczyć, żeby potrafić przyznać się do popełnionych błędów. Konrad, na początku zapatrzony w siebie egoista, który tylko myśli o tym, jak zwiać z Lichotki i znowu zacząć żyć własnym życiem, w końcu pojmuje, że nie może zostawić dożywotników samym sobie – ufają mu, zaakceptowali go, a małe Licho zapłakałoby się za nim, osamotnione i porzucone. Romańczuk musi, chcąc nie chcąc, stawić czoła życiu i zaakceptować swój los, z którym przyszło mu się zmierzyć dzięki życzliwości nieznanego krewniaka. Sporo czasu zajmuje mu dojście do takich wniosków, ale potem już odnajduje swoiste szczęście i radość z egzystencji w Lichotce wśród pokręconych domowników.
Jeśli jeszcze się zastanawiacie, czy polecam Dożywocie, to odpowiedź brzmi – trzy raz tak! Ta historia nawet u największego zgryźliwca przywoła uśmiech na twarz i sprawi, że zrobi mu się cieplej na serduchu. A przy tym wszystkim może nas sporo nauczyć o tym, jak powinniśmy postrzegać otaczający nas świat i najbliższych nam ludzi – odrobina ciepła i dobrej woli potrafi każdego odmienić. Nie możemy też zapomnieć o klimatycznych, bardzo urokliwych ilustracjach, które ozdabiają wnętrze książki - idealnie oddają charakter i wygląd postaci, które pojawiają się na stronach książki. Także gorąco zachęcam do lektury tej powieści, która umili wam z całą pewnością jeden, może maksymalnie dwa wieczory, bo nie będziecie w stanie oderwać się od niej za żadną cenę! A ja już pędzę czytać drugą część!





Tytuł: Dożywocie

Autor: Marta Kisiel

Cykl: Dożywocie, tom 1

Wydawnictwo: Uroboros

Liczba stron: 347


14 komentarzy:

  1. Brzmi akurat jak coś, czego mi obecnie bardzo trzeba, plus wzmianka o ilustracjach mnie wielce zaciekawiła. ;) A poza tym JAKI CUDOWNY KUBEK JA TEŻ CHCĘ!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam naprawdę gorąco, rozgrzejesz się przy niej :) Te ilustracje to pewnie skrzywienie zawodowe, co? ;)

      Usuń
  2. Czekam na ten tytuł:)))

    Pozdrawiam.
    https://czytanestrony.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety jeszcze nie miałam okazji poznać twórczości Marty Kisiel, ale mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Mam nadzieję, że mi się spodoba :-)
    Pozdrawiam i pozostaję na dłużej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby jak najszybciej, bo naprawdę warto - duża porcja śmiechu w taką pogodę, jak ta za oknem z pewnością się przyda :)

      Usuń
  4. Kurczę! Mega mnie zachecilas opisem mieszkańców Lichotki, szczególnie zasmarkany aniol stróż przypadł mi do gustu. Ale zbiór opowiadań już niekoniecznie... No i mam straszny dylemat ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Licho jest rozkoszne i nie da się go nie kochać :) Generalnie też nie przepadam za zbiorami opowiadań, ale tutaj de facto tego nie widać, więc sięgaj śmiało ;)

      Usuń
  5. Ha! i to będzie książka idealna dla mnie... bo wydaje się po prostu genialna!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie Dożywocie niestety okazało się niewypałem. Uważam, że książka nie powinna opierać się na gagach sytuacyjnych i "śmiesznych postaciach". Panicz mnie irytował, Licho irytowało (no bo ileż można machać nóżkami w bamboszkach?), Konrad irytował, a jego agentka była w ogóle nieśmieszna. Najfajniejszą postacią był Krakers i gdyby jako jedyny był humorystyczną postacią, to może nawet byłoby zabawnie. A tak było nieciekawie. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, bo sama tę książkę uwielbiam ogromnie. Ale, wiadomo, gusta są różne i każdemu co innego odpowiada ;)

      Usuń
  7. Okładka już od dawno woła, aby chwycić za książkę, pozytywne opinie tylko utwierdzają w słuszności tej decyzji. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta książka jest po prostu genialna! :D A ile śmiechu jest przy niej, to się w głowie nie mieści. :D

      Usuń

Copyright © 2014 Wiewiórka w okularach , Blogger