Jak
to mawiają – do trzech razy sztuka. Po ostatniej lekturze książki
Adrianny Biełowiec byłam nieco zawiedziona, bo książka w ogóle
mi nie odpowiadała, a nawet trochę znudziła. Postanowiłam jednak,
że dam autorce kolejną szansę, bo a nuż mnie zaskoczy i książka
jednak przypadnie mi do gustu. Dlatego, mając w sumie niewysokie
oczekiwania, sięgnęłam po lekturę Wilczej księżniczki,
tym bardziej że opis z okładki całkiem przypadł mi do gustu.
Po
całkiem miłej przygodzie z Death Bringerem
stwierdziłam, że warto zaryzykować i sięgnąć po kolejną
książkę Adrianny Biełowiec. Oczywiście, znowu jest to
science-fiction, ale jest to też taka wersja tego gatunku, że nie
mam z nią większego problemu i czyta mi się to naprawdę dobrze. A
poruszana w tej książce tematyka akurat całkiem przypadła mi do
gustu, co też Wam zaraz przybliżę.
Na początek muszę Wam się do czegoś przyznać. Nie znoszę science-fiction i unikam go jak diabeł wody święconej. Po tym, jak przeczytałam Opowieści o pilocie Pirxie Stanisława Lema, zraziłam się nader skutecznie do tego gatunku. Tym bardziej że jestem osobą kompletnie nietechniczną i mam problem z oswojeniem tego całego żargonu z powieści sci-fi i mnie on przeraża. Stwierdziłam jednak, że czas najwyższy oswoić demony i wyjść ze swojej strefy komfortu, co skończyło się tym, że zgłosiłam się do recenzji książki Death Bringer Adrianny Biełowiec, gdy sama autorka szukała chętnych. Jeśli więc jesteście ciekawi, czy udało mi się obłaskawić chociaż trochę tego demona, to zapraszam do recenzji!
Blogerka, sprzedawca stali, kocia matka, filolog i historyk z zamiłowania. I wielka miłośniczka książek od ponad 20 lat. Zapraszam Was do mojego małego kąta, gdzie poczytacie bardzo subiektywne opinie o książkach.