Jak uciec spod stryczka - recenzja "Złodzieja z szafotu"

Wreszcie się udało. Będę szczera - bloga założyłam już ponad kilka miesięcy temu, ale cały czas coś było przeciwko temu, żebym napisała pierwszą notkę - a to praca, a to jakiś wyjazd, brak zdjęć, etc. I stąd wydłużenie czasu oczekiwania na oficjalne otwarcie tej mojej małej przystani.
Na początek, zanim przejdę do recenzji pierwszej książki, jaka ma tu zaszczyt trafić, chciałam podziękować dwóm osobom - Marcie, której to zasługą jest moje logo i nagłówek, za cierpliwość i wyrozumiałość, oraz za chęć pomocy i stworzenie przeuroczej wiewiórki. Oraz mojej najlepszej przyjaciółce, Pannie Kajce, która to wytrzymuje ze mną na co dzień oraz która namówiła mnie do założenia bloga, abym wreszcie oderwała się od szarości i przyziemności dnia codziennego. I to również ona pomaga mi tutaj przy zdjęciach. Także, moje drogie Panie, wielkie chapeau bas dla was!
Po tym wyjątkowo przydługim wstępie, zapraszam na pierwszą recenzję...

***

O Bernardzie Cornwellu słyszałam od dawna same pochlebne opinie, szczególnie o jego seriach książek historycznych. Nic więc dziwnego, że w ostateczności i mnie podkusiło, żeby złapać za jedną z nich i sprawdzić, czy te superlatywy, które ciągle widywałam na blogach i portalach o książkach są faktycznie zasłużone.
„Złodziej z szafotu” to niezbyt długi kryminał osadzony w realiach Londynu po wielkich wojnach napoleońskich, czyli na początku XIX wieku. Nasz główny bohater to kapitan Rider Sandman, weteran wojen napoleońskich, który brał udział w bitwie pod Salamanką czy Waterloo, i znakomity gracz w krykieta. Mężczyzna właśnie utracił cały majątek dzięki swemu ojcu, który po zdefraudowaniu ogromnej fortuny i popadnięciu w długi, popełnił samobójstwo. Odsądzony od czci i wiary, kapitan Sandman stara się zapewnić godziwy byt swojej matce i siostrze, poszukując jakiegoś zajęcia w Londynie. Pojawia się tu też, a jakże, wątek miłosny, który jest miłym dodatkiem do całej reszty – Rider jest zakochany ze wzajemnością w pięknej Eleanorze, dla której jednak matka pragnie tytułu lady, a zubożały Sandman nie jest w tym momencie idealnym kandydatem do ręki jej córki. Jednak Eleanora nie zamierza tak łatwo odpuścić. Wracając jednak do naszego kapitana Ridera – otrzymuje on za zadanie uratowanie biednego malarzyny od szafotu, na którym ten ma zawisnąć za morderstwo i gwałt na szlachetnie urodzonej damie. Protestacja, jaką napisała jego matka, trafia do ministra spraw wewnętrznych i to on właśnie zatrudnia Sandmana do pomocy. Okazuje się, że z pozoru prosta sprawa wcale taka nie jest, a w miarę lektury akcja stopniowo się zagęszcza, a zagadki piętrzą jedna po drugiej przed naszym bohaterem, a czytelnik w nerwach obgryza paznokcie, modląc się, by Sandman zdążył przed terminem egzekucji uratować nieszczęsnego malarza.
Książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, wprost nie mogłam się od niej oderwać. Główna kryminalna intryga jest najważniejszym wątkiem i w żadnym momencie nie dominują jej dwa wątki miłosne (jeden związany z głównym bohaterem, drugi z pobocznymi postaciami). Wartka, żywa akcja naprawdę nie pozwala się nudzić i oderwać od lektury. Autor z ogromną dokładnością przedstawia czytelnikowi Londyn z 1817 roku – opis jest dosadny, czasami wręcz brutalny. Język odwzorowano bardzo wiernie, ciekawostką jest wprowadzenie gwary londyńskiego światka przestępczego z tego czasu, co znacznie urozmaica powieść i przez co czytało się to jeszcze ciekawiej. Nie do pogardzenia jest też ilość, naprawdę spora, szczegółów historycznych, co stanowi dodatkową zachętę dla (takich jak ja) miłośników historii i będzie na pewno sporym atutem przemawiającym za sięgnięciem po tę lekturę. Jeśli chodzi o postaci przedstawione w powieści, to każda z nich ma swój własny charakter i nie da się przejść obok nich obojętnie – albo się je lubi, albo nie. Kapitan Rider to postać myśląca kategoriami czarno-białymi, człowiek honoru i z zasadami, ale w dodatku obdarzony ciętym językiem i ironicznym poczuciem humoru, które to dwie cechy bardzo osobiście lubię. To pewnie też był powód, dla którego tak polubiłam tego bohatera i chętnie poczytałabym więcej o jego przygodach – aż szkoda, że o tej postaci powstała tylko jedna książka i muszę się tylko nią zadowolić.

Podsumowując całość książki, to chociaż bardzo mi się podobała, to jednak mam po niej lekki niedosyt – nie pogardziłabym, gdyby była ze sto stron dłuższa. Sama w sobie historia brutalnie obnaża nieudolność systemu sądowniczego w Wielkiej Brytanii na początku XIX wieku i panujące wtedy w kraju nierówności społeczne. Ponadto poprowadzenie akcji z punktu widzenia byłego żołnierza, który walczył z wojskami napoleońskimi, sprawia, że wojna przedstawiona w trakcie historii jest przedstawiona bez zbędnego jej demonizowania, ale też bez wynoszenia na piedestał – jako jej uczestnik opisuje ją taka, jaka była. Myślę, że każdy miłośnik powieści historycznych powinien przeczytać powieść Cornwella, a jeśli już ktoś lubi i powieści historyczne, i kryminalne, to jest to pozycja nieomal obowiązkowa i warta poświęconego jej czasu.

A Wy co sądzicie o twórczości Cornwella?
A może jesteście w stanie polecić mi już teraz kolejną książkę w podobnym klimacie,
co "Złodziej z szafotu"?




Autor: Bernard Cornwell

Tytuł: Złodziej z szafotu

Ilość stron: 456

Wydawnictwo: Bellona




12 komentarzy:

  1. Ależ proszę bardzo, zmuszanie ludzi do wyjścia poza swoją strefę komfortu to moja specjalność ;) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami po prostu jest potrzebny zdrowy kopniak w tyłek :) A życzenia powodzenia i trzymanie kciuków za mnie zawsze się przydadzą :)

      Usuń
  2. Yaaay!

    Przyjemność po mojej stronie, blog wygląda super. ;)

    Cornwella kiedyś coś próbowałam czytać, ale mi nie podeszło, natomiast to wygląda jak coś w sam raz dla mnie - dodaję do listy to-read. Wydaje mi się, że w podobnych klimatach będzie chyba seria o kapitanie Lacey Ashely Gardner - kiedyś połknęłam 6 tomów jeden po drugim, więc polecam. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moja recenzja miała taki wpływ ;) A tej serii się przyjrzę, aczkolwiek moja lista to-read już pęka w szwach :D

      Usuń
  3. Powodzenia w prowadzeniu bloga! Bardzo ciekawa pierwsza recenzja, z chęcią będę Cię odwiedzać. Książki historyczne lubię, a Londyn w XIX wieku to zdecydowanie okres, który może przypaść mi do gustu. Wygląda na to, że "Złodziej z szafotu" mógłby mi się spodobać:)
    Pozdrawiam!
    Book Beast Blog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa i za życzenia powodzenia, przyda się :) I dziękuję za odwiedziny :)

      Usuń
  4. Nie słyszałam do tej pory o tej książce, ale Londyn XIX wieku? Mogłabym brać w ciemno! Myślę, że się skuszę, jak kiedyś znajdę w bibliotece, byłaby to miła odmiana po wszystkich tych kryminałach dziejących się w czasach współczesnych, każdy po kolei na jedno kopyto.
    Trzymam kciuki w prowadzeniu bloga! :)
    Swoją drogą, widzę, że siedzisz w Yankee? Ostatnimi czasy w ciągu tych pierwszych jesiennych wieczorów zapalam Soft blanket - niesamowite, jak wyraziste zapachy mają te woski, miła odmiana po niby-pachnących podgrzewaczach. ;)

    Przy okazji zapraszam na konkurs z niezwykłym Różańcem Kosika. ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yankee Candle są cudowne, uwielbiam ich zapachy tak samo, jak Kringle :)
      A książkę naprawdę gorąco polecam, sama z pewnością sięgnę po kolejne powieści tego autora :)

      Usuń
  5. Kryminał to nie moja bajka, ale znam idealną osobę, której mogę polecić tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to taki typowy kryminał, ale fakt, zagadek w nim pełno :)

      Usuń
  6. Powodzenia w prowadzeniu bloga! Będę Cię odwiedzać czasem, bo i kryminały i powieści detektywistyczne mnie interesują, a przy okazji jak zobaczę jakąś inną książkę, to czemu, nie?:)

    A logo zarąbiste:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, logo było pomysłem koleżanki, ja tylko nazwę skombinowałam :) A jeśli chodzi o książki, to będzie tu dużo różnych rzeczy, bo co prawda kryminały bardzo lubię, ale głównie na półkach króluje u mnie fantastyka :)

      Usuń

Copyright © 2014 Wiewiórka w okularach , Blogger