Strażnik Miecza - Cassandra Clare
O Cassandrze Clare i jej twórczości słyszałam już od dawna, a to za sprawą serii Dary Anioła. Ba, nawet film obejrzałam. Po książki jednak do tej pory nie sięgnęłam, za to zdecydowałam się na lekturę jej nowej serii, czyli Kronik Castellane, i pierwszego tomu – Strażnika Miecza.
Fabułę śledzimy z dwóch punktów widzenia. Jeden to ten, gdzie główną rolę gra Kel Anjuman, a drugi z punku widzenia Lin. Kel obraca się w świecie bogatych szlachciców i pałacu królewskiego, natomiast Lin to Ashkarka – członkini narodu bez ojczyzny, lekarka wbrew okolicznościom społecznym i ktoś, kto wpakuje się w świat polityki na skutek nieszczęśliwego zbiegu przypadków. Lin, jako ktoś wyrzucony poza społeczeństwo Castellane, zresztą jak wszyscy Ashkarzy, żyje w getcie – Sault to miasto w mieście, a gdy jego mieszkańcy opuszczają jego mury, muszą ubierać się na szaro. Gdy to czytałam miałam jednoznaczne skojarzenie z historią narodu żydowskiego, chociaż z tego, co wyczytałam w źródłach internetowych, autorka nie inspirowała się stricte tylko nimi.
Porządek bezprawia był mimo wszystko lepszy niż legalny chaos.
Totalnie kupił mnie motyw Strażnika Miecza. Kel, który nim jest, jest młodym mężczyzną łudząco podobnym do księcia Connora Aureliana. Nauczony w pałacu zachowywać się tak samo jak książę i mówić jak książę, przy pomocy magicznego ashkarskiego amuletu, dla niewtajemniczonych staje się w zupełności Connorem. Zamiast księcia bierze udział w ważnych, państwowych wydarzeniach, balach i bankietach, gdy tylko zachodzi prawdopodobieństwo, że na Connora czeka w ich trakcie jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Ujmując to jak najkrócej – Anjuman jest dla Connora żywą tarczą, to on ma zginąć w przypadku zamachu, by młody książę mógł dalej żyć i zachować ciągłość panującej dynastii. Pomysł przedni, który mnie zachwycił i z wielkim zainteresowaniem śledziłam kroki Kela w tej historii.
Jak powiedział kiedyś pewien uczony, jedyną różnicą między trucizną a remedium jest dawka. Jedna kropla najsilniejszej toksyny nie musi być zabójcza, a mleko albo woda mogą okazać się śmiertelnie groźne, jeśli za dużo się ich wypije.
To, co jeszcze mi się podobało, to sam świat przedstawiony w powieści. Castellane zostało stworzone na wzór renesansowych miast-państw, Florencji czy Wenecji – jest pełne przepychu, królewskie bale są organizowane z rozmachem, ale nie brakuje tu też wolnomyślicieli. Z drugiej strony to miasto pełne sprzeczności – mamy tu bogatą szlachtę marnotrawiącą czas na balach i zabawach w dzielnicy uciech, a obok tego obserwujemy życie w Labiryncie, dzielnicy biedoty i przestępców, a także poczynania Króla Szmaciarzy, władcy przestępczego światka. Do tego dochodzi zagmatwana polityka, nie tylko międzynarodowa, ale głównie lokalna. Władzę prócz króla dzierży w Castellane dwanaście rodów, zwanych Rodami Karty. Każdy z nich ma swoją kartę czy też przywilej, dający mu wyłączność na handel poszczególnymi dobrami. I tak mamy przywilej jedwabny, przywilej barwników, przywilej herbaty, i tak dalej. Wszystkie rody toczą ze sobą drobne wojny podjazdowe, jak to w polityce – raz się jednoczą, raz stają naprzeciwko siebie, czasem wspierają króla, a czasami są przeciwko niemu. Towarzyszy temu stałe napięcie i niepewność, czy przyjaciel to rzeczywiście przyjaciel, a nie wróg.
"Jak będziemy naszej Pani śpiewać pieśń w obcym kraju?" Krzyk ludzi, którzy nie wiedzieli, jak sobie radzić bez domu i Boga. Nauczyli się tego z czasem, ale ich przynależność nadal była niepełna. Miejscami pusta jak to kółko.
Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest to, że powieść jest przegadana. Cassandra Clare ma wyraźną słabość do zbędnych opisów. Przy każdej sposobności rozwodzi się szczegółowo nad strojami szlachty, opisując materiały i kolory, z których były zrobione. To samo tyczy się wyglądu Castellane czy opisów bankietów. Częste są też powtórzenia tych samych informacji przez całą powieść, jak chociażby wielokrotne wspominanie koloru włosów Connora. Gdyby ograniczyć to wodolejstwo, to książka z ponad siedmiuset stron zostałaby uszczuplona do jakichś pięciuset – wciąż niemało, ale tym razem bardziej naładowane akcją i nie tak rozwlekłe.
[...] życie w pałacu jest rodzajem koła, które kręci się zawsze w taki sam sposób, wycinając w ziemi te same ścieżki zwyczaju i pamięci. Fakt, że Kel omal nie umarł, nie był nawet drobnym kamykiem na tych dróżkach. Miał znaczenie tylko dla niego. Nie zmienił nikogo oprócz niego. W tym był sam.
Moje pierwsze spotkanie z twórczością Cassandry Clare oceniam jako bardzo udane. Strażnik Miecza to nie jest książka, która odmieniła moje życie, ale to kawał solidnej rozrywki, przy której miło spędziłam czas. Z całą pewnością sięgnę po kolejny tom przygód Kela i Lin, by dowiedzieć się, dokąd zaprowadzi ich autorka i jaki będzie finał tej historii.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Strażnik Miecza Cassandry Clare.
.png)

.png)


Komentarze
Prześlij komentarz